Miliarder, którego wizerunek został wykorzystany przez oszustów w kolejnej fali deepfake’owych rekla…

Miliarder, którego wizerunek został wykorzystany przez oszustów w kolejnej fali deepfake’owych rekla…


Miliarder, którego wizerunek został wykorzystany przez oszustów w kolejnej fali deepfake’owych reklam, wzywa dziś Polki i Polaków do podpisywania petycji przeciwko Mecie.

Domaga się, by platforma płaciła kary sięgające półtora raza wysokości przychodu uzyskanego z rozpowszechniania nieprawdziwych informacji. Powołuje się przy tym na ustalenia Reutersa, według których nawet kilkanaście miliardów dolarów przychodów Mety może pochodzić z reklam oszukańczych i sprzedaży towarów zakazanych, co stanowi mniej więcej jedną trzecią rocznego zysku netto firmy.

Trudno nie zgodzić się z tym, że Meta nie zrezygnuje dobrowolnie z części swoich zysków w imię odpowiedzialności społecznej. Pytanie brzmi jednak, czy petycja jest rzeczywiście najlepszym narzędziem do rozwiązania problemu, o którym mowa.

Autor apelu, jako osoba, która kierowała rządowym zespołem ds. deregulacji i doprowadziła do przyjęcia 120 projektów ustaw, doskonale zna proces legislacyjny i wie, że podpisy pod petycją same w sobie nie zmieniają prawa.

Najprawdopodobniej wie również, że nowelizacja wdrażająca unijny Akt o usługach cyfrowych, czyli regulację odpowiadającą na część problemów, które dziś wskazuje, została w styczniu zawetowana przez prezydenta, który uzasadniał swoją decyzję troską o wolność słowa.

Jeżeli więc rzeczywiście chodzi o ograniczenie bezkarności platform, znacznie bardziej sprawczym działaniem byłoby wykorzystanie swojej pozycji i wiedzy do nacisku na odrzucenie weta oraz pracy nad takim kształtem ustawy, który pozwoliłby skutecznie chronić użytkowników przed nadużyciami platform, jednocześnie zapewniając ochronę wolności słowa.

Trudno jednak nie zauważyć, że jest w tym pewna sprzeczność.
Przez długi czas słyszeliśmy, że polskie prawo nadmiernie krępuje przedsiębiorców, że biurokrację należy ograniczać, a państwo powinno możliwie najmniej ingerować w działalność biznesu. Przekonywano nas, że przedsiębiorcy sami najlepiej wiedzą, jak urządzić sobie rzeczywistość, a kolejne przepisy są przede wszystkim przeszkodą w rozwoju.

Dziś okazuje się, że regulacje są jednak potrzebne, a państwo powinno wkroczyć i zmusić globalną korporację do odpowiedzialności. Pytanie tylko, dlaczego potrzeba regulacji staje się tak oczywista dopiero wtedy, kiedy konsekwencje braku ochrony dotykają bezpośrednio osoby posiadającej pieniądze, rozpoznawalność i dostęp do mediów.

Deepfake z udziałem prezydenta i przedsiębiorcy wystarczył, by w ciągu kilku dni pojawiło się pismo ministra cyfryzacji z dziewięcioma pytaniami do Mety, rządowe oświadczenia, dziesiątki publikacji i ogromne zainteresowanie opinii publicznej. I bardzo dobrze, bo wykorzystywanie wizerunku osób publicznych do oszustw jest poważnym problemem, który wymaga zdecydowanej reakcji.

Trudno jednak nie zapytać, dlaczego podobnej determinacji nie widzimy wtedy, gdy te same platformy są wykorzystywane do rozpowszechniania rasistowskich i islamofobicznych treści, dehumanizujących narracji dotyczących osób migranckich czy fałszywych informacji o osobach z doświadczeniem uchodźczym.

Wszystkie te treści mogą wpływać na sposób, w jaki całe grupy społeczne są postrzegane, wzmacniać uprzedzenia, normalizować język przemocy i tworzyć społeczne przyzwolenie na dyskryminację. Algorytmy platform nie rozróżniają, czy rozpowszechniana dezinformacja dotyczy osoby z pierwszych stron gazet, czy kogoś, kto dopiero co przyjechał do Polski, nie ma żadnego dostępu do mediów, prawników ani polityków i jest wobec niego prowadzona zmasowana kampania nienawiści.

Kiedy organizacje społeczne i aktywistki od lat zwracają uwagę na odpowiedzialność platform za mowę nienawiści i dezinformację wymierzoną w osoby migranckie i uchodźcze, odpowiedzią zbyt często jest milczenie albo argument, że jakakolwiek próba ograniczenia takich treści stanowi zagrożenie dla wolności słowa.

Tymczasem kiedy ofiarą deepfake’u zostaje osoba posiadająca ogromną rozpoznawalność i wpływy, wolność słowa przestaje być argumentem przeciwko regulacji, a zaczyna się rozmowa o odpowiedzialności platform.

Jeżeli chcemy poważnie rozmawiać o odpowiedzialności Mety i innych platform, musimy rozmawiać również o tym, kogo ich systemy krzywdzą najczęściej i kto ma najmniejsze możliwości, żeby się przed tą krzywdą obronić. Nie możemy budować systemu, w którym reakcja państwa zależy od rozpoznawalności ofiary, jej majątku czy liczby obserwujących.




Żródło materiału: Stowarzyszenie NOMADA

0